• Wpisów:3863
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:10 dni temu
  • Licznik odwiedzin:240 446 / 4007 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Rodzina. To co jest mi niezbędne do normalnego funkcjonowania. Magda jutro znów przychodzi. Mam motylki w brzuchu. Jest moją kuzynką, przyjaciółką, osobą której ufam bezgranicznie. Cieszę się że znów mamy bliski kontakt, tfu częsty kontakt bo blisko to zawsze byłyśmy. Nie musimy pić sobie z dziubków by się dogadywać, ważne jest to jesteśmy rodziną i czujemy się w swoim towarzystwie swobodnie. To rzadkość w moim życiu rodzinnym. Dlatego tacy ludzie jak ona są dla mnie niezbędnie cenni
 

 
Wróciłam dziś do domu wykończona totalnie przez moich chrześniaków, a i tak z chęcią - z własnej woli - ponownie do nich jutro (a w zasadzie to już dziś) pójdę. W końcu matka chrzestna ma obowiązki. Tylko czy to tak naprawdę obowiązek czy sama przyjemność...
 

 
Jaś:
- ciocia baw się ludzikiem, ciocia BAW się ludzikiem
A ciocia nie reaguje tylko je bułkę. Jasio bierze sprawy w swoje ręce
- ciocia baw się ludzikiem! - po czym zabiera mi z ręki bułkę a wkłada ludzika
No i ciocia musiała zacząć bawić się ludzikiem...
 

 
Sytuacje takie jak dziś zdarzają się rzadko, mimo że od 3 lat spędzam ze swoim bratem dużo czasu. Wychodziliśmy z domu z chłopakami jak zwykle sobie dogadując. Uzyskać od niego jakąkolwiek informacje czy chce abym z nim poszła czy nie było ciężko (jestem niestety taka sama, ah te rodzinne geny), bo i jemu było wszystko jedno i mi- w końcu postawiłam sprawę na ostrzu noża każąc mu podjąć decyzje. I zdecydował że mam iść do domu odpocząć. Szliśmy razem jednak w tą samą stronę. Opowiadał mi o perypetiach z odnawianiem mieszkania, niedogadywaniem się z właścicielem mieszkania. W końcu stwierdził żebym poszła z nimi na lody, będzie miał z kim pogadać. Widziałam że chciał się wygadać, poradzić - wprost tego nie przyzna przecież - i cieszyłam się że wybrał mnie. Ostatnio taka sytuacja zdarzyła się po chrzcinach, kiedy jego rodzice nas olali. Wtedy też czułam to co dziś, że chce się ze mną podzielić tym co sam przeżywa. Takie chwile są dla mnie bezcenne. Co tu kryć, uwielbiam mojego brata ciotecznego i kocham tak samo mocno jak jego żonę i synów. Ależ się wkopałam...
 

 
Zmagam się z tą chorobą od lat i lata jeszcze będę się zmagać. Codziennie rano budzę się z nadzieją że tego dnia uda mi się pokonać samą siebie i każdego wieczoru zasypiając wiem że nie do końca to się udało. Bo zmaganie się z depresją to walka z samym sobą o siebie samego.
Mówi się że depresja to choroba duszy. Tak to prawda, depresja to choroba duszy ale i ciała. Zaburzenia w przepływie hormonów w mózgu które wywołuje wpływa na zaburzone funkcjonowanie człowieka w każdej sferze życia. Począwszy od obniżenia i wahań nastroju, poprzez zmianę nastawienia do siebie i otoczenia, po zmianę sposobu myślenia. Tyle w teorii.
W praktyce ten kto nigdy nigdy tego nie przeżył nie zrozumie przez co przechodzą ludzie zmagający się z tą chorobą. Objawów jest miliony. Różnica między chorym a zdrowym polega na tym że u chorego te objawy pojawiają się w cyklu ciągłym.
Depresja w lekkiej formie nie rzuca się w oczy, ale jest równie niebezpieczna, pogorszenie następuje nagle i gwałtownie. To cichy zabójca. Samobójca.
U mnie w tej chwili problematyczna jest w tej chwili każda czynność począwszy od wstania z łóżka po pójście spać. Miliony rzeczy naturalne dla przeciętnego Kowalskiego dla mnie są problemem.
Co rano zmuszam się do wstania z łóżka, wzięcia leków, przygotowania i zjedzenia posiłków, wyjścia z domu.
Każda nowa/nieznana sytuacja, nieznane miejsce budzą lęk i silny opór przed działaniem, porażka praktycznie wyklucza podjęcie dalszych kroków. Poczucie bezpieczeństwa dają schematy, utarte plany dnia. Kubki, miski i inne naczynia ustawione w jednej kolejności zawsze będą już tak stały. Jestem ciężko chora bo w nowym mieszkaniu książek nie mogę tak jak w starym na pułkach ustawić. Raz pokonana trasa w określony sposób zawsze będzie powtarzana. W toalecie zawsze wchodzę do tej samej kabiny. Takich schematów jest dziesiątki. Jestem przewidywalna do bólu, sztywna w zasadach. Dużą wagę przywiązuje do ustalonego przez siebie harmonogramu dnia, wszelkie ingerencje w wyjątkowych sytuacjach i tylko dla wyjątkowych ludzi.
Zaniżone poczucie własnej wartości, zamknięcie się w sobie, potrzeba ciszy i spokoju które dają poczucie bezpieczeństwa. Izolacja od ludzi. Czasami jest bardzo ważna, bo tylko będąc samemu pozwalam sobie na upust prawdziwych emocji. Nie chce i nie umiem obciążać innych swoimi codziennymi problemami. Bo codziennie muszę zmagać się z przeszłością, z ogromna siłą emocji, paraliżujących i odbierających chęć robienia czegokolwiek.
Nawet mój upór wpisuje się w chorobę. Muszę postawić na swoim, musi być po mojemu, muszę mieć rację. Inaczej czuje się źle, to dla mnie porażka z którymi sobie nie radzę. Ale także utrata poczucia bezpieczeństwa.
Depresja powoduje że nawet to co najbardziej kochamy nie uszczęśliwia. Kiesy dopada apatia i zniechęcenie nawet ulubione rzeczy nie przynoszą ukojenia. W najgorszych momentach potrafiłam zasnąć nawet podczas meczu siatkówki, albo mieć włączony a zajmować się czym innym. Miałam okres gdy nie dotykałam się do książek. Bywają dni że pójście do chłopaków staje się ogromnym wysiłkiem.
Stres towarzyszy na każdym kroku. Przy każdym słowie, geście czy zachowaniu. Obawa przed oceną, przed odbiorem przez otoczenie. Obawy często nieistniejące

PS. TEKST BĘDZIE ZAPEWNE WIELOKROTNIE EDYTOWANY, DO CZASU AŻ ZBIORĘ SIĘ I NAPISZE WSZYSTKO CO SIEDZI MI W GŁOWIE
  • awatar Galadriel: Zobaczysz, że przyjdzie tqki dzień kiedy wstaniesz i depresji nie będzie :).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Życie bywa przekorne, jednych zabiera to innych daje, w rodzinie żony brata ciotecznego odnalazłam to czego brakowało mi we własnej. Boli to oddalenie od wujka i ciotki, ale nie zamieniłabym tego co mam. Obiad u Kasi, byłam wśród swoich, jak normalny pełnoprawny członek rodziny a przecież jestem tylko kuzynką. Dziś znów czułam się wspaniale. Nienawidzę nowych miejsc a tu czułam się naprawdę super - oto co dają pozytywne emocje w rodzinie.

To samo czułam w Kraśniku w sumie. Przez wiele lat Gośniewice był dla mnie oparciem, teraz siłę czerpię tylko z tajnych wizyt na cmentarzu u prababci. Ostatnio jednak przekonałam się że takich "domów" mam kilka. Kraśnik jest jednym z takich miejsc w którym czuje to ciepło rodzinne.

Znajduje oparcie w rodzinie. Gdyby nie to nie wiem gdzie bym dzisiaj była...
 

 
Trudno jest funkcjonować razem na małej przestrzeni. W czwartek miałam gorszy dzień. Wróciłam zmęczona, głodna i poirytowana. Od samego początku zaczęły się utarczki słowne. Narastała we mnie złość i frustracja. W domu znalazłabym miejsce w którym mogłabym się odizolować. Tu, mimo że siedziałam w kuchni, nie dało się. Rykoszetem obrywał Wojtek. Zrobiłam sobie jeść i zostałam w kuchni. Ale nawet tam nie było spokoju. Gdy szeptem rozmawiałam z Wojtkiem w korytarzu matka usłyszała. Zaczęła się awantura. Ona się może na mnie wyżywać a jak ja mam gorszy dzień i palne parę słów za dużo jest wielka obraza. Widziała przecież że jestem nie w sosie. Po huja mnie w spokoju nie zostawiła. W tym pieprzonym mieszkaniu nie ma jak się odizolować. W domu był mój pokój odległy od reszty mieszkania. Między kuchnią a pokojem babci była spora droga, był jeszcze mały pokój, od biedy toaleta lub łazienka. W tym wszystkim dobre że Wojtek rozumiał i nie miał pretensji. Ja chcę swój dom!
 

 
Późne powroty z Agatą, nie raz mi się zdarzały. Odprowadzanie jej do domu też, mijając przy tym własny dom. Ale teraz było inaczej. Pierwszy raz od przeprowadzki wyszłam gdzieś wieczorem. I pierwszy raz po nocy wracałam koło swojego domu. Starego domu. Nie mieściło mi się to w głowie. Nadal nie mieści. Bagatela już nie jest moim domem. Już nigdy o tej - ani o żadnej innej - porze tam nie wejdę. To był szok. Wielki, straszny szok. Przechodzić pod oknami miejsca które tak bardzo kocham, ze świadomością że to nie jest już mój dom. Patrzeć tylko w okna i wspominać. Pora była przecież taka o której często byłam na ulicy wracając ze spaceru z psem. Strasznie dziwnie było minąć swój dom i iść do tramwaju by zawiózł mnie do domu.
 

 
Telefon, komputer, kartka. Pomału wracam do pisania i publikowania. Brakowało mi tego bardzo. Wieki już tak się nie otwierałam. Jeszcze tylko wrócić do wierszy i można będzie odtrąbić wielki powrót Kasi, przynajmniej z literackiej strony
 

 
Znalazłam stare zdjęcie naszej ekipy z urodzin Agaty, gdzieś z przed może 5 lat. Pokazałam je Adze. Zwróciła uwagę że dopiero po zdjęciach widać jak bardzo schudłam. Fakt, liczy robią ważenie. W szpitalu ważyłam się - 69 kg. A jeszcze kilka lat temu ponad 80
 

 
czuje jakby świat stanął na głowie, spędzamy całe święta wszystkie 4 razem w domu dziadka ale bez dziadka...

a Gosia w domu babci bez babci...

Panie Boże kto za Tobą może nadążyć?
 

 
Bezsenne noce mi nie przeszkadzają, lubię długo siedzieć. Czas kiedy wszyscy są w domu, ale śpią a jest cisza i spokój bardzo mi odpowiada. Magiczne chwile gdy jestem sama, ale nie samotna, gdy w uśpionym domu mam upragnioną ciszę. Nie wiem czy da się opisać słowami jak bardzo kocham takie długie późne chwile spokoju. To jestem cała ja. Taka jest moja natura. Bardzo potrzebuje ludzi ale uwielbiam ciszę. Wieczór a w zasadzie noc z książką lub dobrym filmem i żyć nie umierać. Tylko czasem potem ciężko rano wstać. W nocy Warszawa jest zupełnie inna
 

 
usłyszałam w dziś w jakimś filmie - zawsze wyobrażałem sobie niebo jako gigantyczną bibliotekę z której nie można wynosić książek

piękna wizja
 

 
Tego dnia mój świat na zawsze się zmienił. Zostałam matką chrzestną. Jaśka. Ale także i Staśka. Bo nie można kochać i brać odpowiedzialności za jedno dziecko olewając drugie. Dla mnie to było naturalne. Kochać Jasia to kochać Stasia, Marcina, Gosię. I Grzesia który się potem pojawił na chwilę. Bo kiedy wchodzisz w życie rodziny, wchodzisz w całości w życie każdego z jej członków - Ciocia Wiesia, Wujek Jurek, Babcia Ania, Kasia z Krzyśkiem, Patrykiem, Beatą, Zuzą i Asią. Na tym polega rodzina, odpowiedzialność. Tamtego dnia stałam się matką dla obu chłopców i każdego następnego dziecka, na równi jak stałam się kimś dla pozostałych. W tej jednej chwili moje życie się odmieniło. I dopiero czas pokazał jak bardzo....
 

 
Jeśli miarą przyjaźni jest to w jakim stanie widzi cię ta druga strona to Wojtek już wszystkie etapy ma za sobą. Widział mnie w chwilach pełnej beztroski, radości i swobody, ale też w chwilach lęku, smutku i żałoby. A od wczoraj i w chorobie. Znam chłopaka jakiś rok z okładem, bliżej jesteśmy jakoś po śmierci dziadka. I widzę coraz wyraźniej, że ma racje - to przyjaźń na lata
 

 
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Całą poprzednią noc nie spałam, co chciałam usnąć to dostawałam ataku kaszlu. Pierw długo mi się przez to spać nie chciało. Stwierdziłam że jednak trzeba by spróbować się położyć. Wyłączyłam komp, zgasiłam światło. Przed snem youtube, film mnie uśpi. Pomaga, zaraz zasnę - ahu, ahu, ahu i po spaniu. Pokręciłam sie na łóżku, pokasłując i popijając. Poszłam do wc. Zaczęłam czytać książkę, w zasadzie mogłabym ją odłożyć i zaraz zasnąć - ahu, ahu, ahu i jestem rozbudzona. Znów wierciłam się w pościeli. Przemyślałam listę prezentów i jeszcze wiele innych spraw. Gdzieś o 4 poddałam się ze spaniem. Skojarzyła mi się noc gdy dowiedziałam się że dziecko mojego brata i siostry jest martwe, wtedy też wiedziałam że mam nockę z głowy. Po 6 babcia zaczęła się kręcić, stwierdziłam że się ujawnię, przynajmniej będę mogła sobie herbaty zrobić nie budząc jej. "Zalety" małego mieszkania, nie było co ukrywać kaszlu, nie dał nikomu spać, babcia też doskonale wiedziała. No i nie mogłam bez budzenia iść hałasować w środku nocy w kuchni. Potem próbowałam jeszcze iść spać, czułam zmęczenie ale nie było mowy, przeszkadzało mi radio ale i tak brało mnie i wtedy - ahu, ahu, ahu. Męczyłam się tak do 8-9? Wstałam do mamy, pogadałyśmy przed jej wyjściem. W ciągu dnia byłam marudna, zmęczona, byłam ostrzejsza dla Wojtka. I bardzo złośliwa dla cioci. Dzień wcześniej wściekała się że musi się specjalnie ubrać i iść z psem bo ja "niby" - jej zdaniem - chora stanowczo odmówiłam, po powrocie widząc mnie w kuchni usłyszałam złośliwy komentarz: taka chora to czemu nie w łóżku<<. - herbaty sobie robię i ibuprom biorę. Z jaką jej chęcią teraz się odegrałam. Poczekałam aż odpocznie po pracy i podeszłam. "Mam nadzieje że ci tej nocy zbytnio nie przeszkadzałam w śnie" - rzuciłam z troską i zakończyłam "jak widzisz jestem chora". Nic nie odpowiedziała a zazwyczaj do pyskowania jest pierwsza
 

 
Nienawidzę niezałatwionych spraw. Po poniedziałkowej sprzeczce z siostra i braku pytania jak się czuje uniosłam się dumą i przestałam się odzywać. Wrzuciłam wpis na FB wczoraj po nieprzespanej nocy. Wiele się nagromadziło myśli we mnie ale żadnej nie ujawniłam. Chciałam wyjaśnić że nie dla pieniędzy czy jakichkolwiek korzyści im pomagam, ustalić i uświadomić im zasady kontaktów i pomocy przy chłopcach. W głowie miałam kilka różnych wiadomości. Których pewnie bym nie wysłała. Gdy jednak dziś ucho zaczęło mi dokuczać zadzwoniłam do niej. Pierw by pokazać że jestem jednak poważnie chora. Zaraz jednak zrozumiałam że w tym momencie bardzo potrzebuje jej spokoju, dystansu i opanowania, jej racjonalizmu. Becząc w słuchawkę przyznałam się że męczy mnie też poniedziałkowa scysja. Dopiero wtedy dotarło do mnie że obie działałyśmy pod wpływem silnych emocji. I że to nic nie zmienia miedzy nami. "Kocham cię" - zakończyłam naszą rozmowę. "Ja ciebie też usłyszałam w odpowiedzi", Gosia była pierwszą osobą po wyjściu od lekarza do której zadzwoniłam. Tym razem po to by ją uspokoić. Diagnoza "ostre zapalenie ucha" nie mogła jej uspokoić, choć może uspokoiło ją to że już nie płakałam z bólu?
 

 
Byłam bezbłędna w rozpoznawaniu sąsiadów chodzących po wspólnym korytarzu, potrafiłam ich odróżnić od osoby z zewnątrz - zawsze wiedziałam kiedy ksiądz idzie abym zaprowadziła go do sąsiadki. Ba, rozpoznawałam kto wchodzi po tym jak przekręcał klucz, po krokach, po tym gdzie wchodził. Odróżniałam mamę, babcię i ciocię. Teraz leżę w swoim pokoju i nie wiem kto idzie do kuchni czy łazienki i z którego pokoju wychodzi. Czy kiedyś to się zmieni???
 

 
Wszystkim nam jest ciężko - nawet psu. Czasami mam wrażenie ze to jakiś koszmar z którego zaraz się obudzę. Najgorsze są dla mnie teraz powroty w te puste ściany i tamte okolice. Sąsiedztwo to nie problem, rejon ogólnie znamy z mama ale ciocia dopiero okolice poznaje. Do szewca pojechałam tam bo mam zaprzyjaźnionego, tak samo krawcowa, przy okazji w znajomych sklepach zrobiłam zakupy. Wyrobić sobie tu takie kontakty, dokładnie poznać gdzie co jest to na teraz zadanie. Dojazdy - stad wszędzie jest daleko, korki, tłok w komunikacji rano kolejna rzecz. I miliony drobiazgów które sprawią że to miejsce każda z nas nazwie kiedyś domem
 

 
Strasznie dziwne uczucie być na placu Unii Lubelskiej, na Flory u krawcowej i tylko przechodzić Bagatelą pod swoim blokiem zaglądając do kiosku pani Hani, odwiedzać miejsca i ludzi z którymi od tak dawna jestem związana a w "swoje" okna patrzeć tylko stojąc na ulicy. Czułam się super buszując w tych rejonach, z chwila w której wsiadłam do tramwaju zaczęłam się smucić i nic na to nie mogłam poradzić. Cały czas chciałabym wrócić do domu, strasznie tęsknie za swoim pokojem i trzeszczącą podłogą, poczuciem bezpieczeństwa jakie dawalo mi to miejsce, ludźmi spotykanymi na ulicy...
 

 
czuje pustkę, po raz pierwszy od dawna moja wegetacja zaczyna mi przeszkadzać, wydawało mi się że sobie radzę, ale tak nie jest, ja po prostu znów dobrze chowam uczucia. po raz pierwszy od dawna czuje że w moim życiu czegoś brakuje, tylko że nie wiem czego, nie umiem sięgnąć po coś co by zmieniło moją sytuację. wychodzi ze mnie ukrywanie uczuć w postaci melancholijnej papki, przybierającej postać łez nieokreślonego powodu, zmęczenia i zniechęcenia. na zdjęciu widzę fajną dziewczynę, tak mnie wszyscy odbierają. tylko zastanawiam się na ile to jest prawda. gdzie jest ta granica pomiędzy mną a maską. co musi się stać abym osiągnęła stan równowagi? bo gdzieś jest moja droga, nie wiem tylko czy idę nią nadal czy dopiero jej szukam
 

 
Rozmawiałam wczoraj z Moniką, przez ostatnie kilka dni mocno wbijałam jej różne rzeczy do głowy,wczoraj wkleiła mi rozmowę ze swoją dziewczyną:

"to prawda, z tym się zgodzę, ma racje po raz kolejny, w końcu ktoś ci to powiedział, ja nie mogłam bo mi i tak byś nie dała sobie tego wytłumaczyć zawsze myślisz ze ja cie traktuje jak tyrana a to nie prawda, ta twoja koleżanka jest mądra i mądrze mówi. mi się nie udaje tobie otworzyć oczu ale ona dała rade bo ty zawsze twierdzisz ze ja naskakuje na ciebie jak tylko chce wyrazić swa opinie. to jest osoba postronna wiec musi tak być jak mówi a ty powinnaś wziąć to do serca co ona ci napisała"

Monika to trudny charakter, chwilami rozmowa z nią przypomina walenie w mur, al to też cudowny przyjaciel. Znamy się kilka ładnych lat. Muszę przyznać że wczoraj nie wiedziałam jak zareagować. A potem jeszcze Sylwia pisała do mnie:

"właśnie tak z Monika rozmawiałam ze chciałabym cie poznać na żywo dlatego ze masz na nią wpływ a mnie to cieszy no i poza tym lubi cie bardzo, ale dobrze ze ma takiego kogoś jak Ty właśnie bo przynajmniej powiedziałaś jej parę rzeczy których ja nie mogę bo mnie nie słucha i wtedy myśli ze chce źle, wiesz chciałam jej co do niektórych rzeczy powiedzieć to samo co Ty ale wychodzi na to ze zawsze chce źle, a tak znajoma to już inaczej odbiera"

Od kilku lat pracuje z Moniką by mogła utrzymać się na powierzchni i jak widać odnosi to efekt. Pamiętam jakby to było wczoraj, jak usłyszałam od wykładowcy że skoro sama choruje na depresje to nie powinnam pomagać innym. Monika zadaje kłam tej tezie. Ale było też kilka innych osób. Bywam ostra, nieprzebierająca w słowach, ale mówię używając własnego doświadczenia, więc adresaci nie próbują tego podważać, nie mogą się obrazić, bo kto jak kto ale mam prawo do takich słów. Widać efekty działań niedoszłego pracownika socjalnego
 

 
Od dwóch dni chłopcy rezydują u mnie w domu, a mama jest przeszczęśliwa, nawet brat zszedł na dalszy plan. To kobieta która kocha dzieci, z silnym instynktem macierzyńskim, nieszczęśliwa bo ma jedną - i to dorosłą! - córkę oraz brak perspektyw na wnuki. Chłopcy w tym układzie Siedziałyśmy dziś w pokoju, ja z Jasiem na kolanach i usłyszałam pytanie czy to jej wnuk. Tak! Odparłam z przekonaniem. Obaj są moimi chrześniakami, moimi ukochanymi dziećmi, dla niej rzeczywiście wnukami. Przyjeżdżam do siostry i brata by im pomagać, ale zastanawiam się kto tu komu bardziej pomaga. Bezwarunkowa miłość i akceptacja jaką darzą mnie oni oraz chłopcy, poczucie bezpieczeństwa i przynależności. Tyle dla mnie. A dla mojej mamy i babci? Dom kobiet, samotnych kobiet, w którym kiedyś kwitło życie na nowo ożywa śmiechem dzieci. Jaka to dla mnie wielka ulga. A co ze mnie/nas ma rodzeństwo? Mam nadzieje że też wiele